Wkrótce minie rok, odkąd z wielką fascynacją przeczytałam “Magię sprzątania” Marie Kondo. Pamiętam jak dziś swoje wypieki na twarzy, gdy uwierzyłam, że jestem w stanie zmienić swoje życie, okroić je z chaosu, poskromić wszechobecny nieporządek. Coś, co żartobliwie nazywałam twórczym nieładem, w rzeczywistości było złodziejem mojej energii i pomysłów.
Marie Kondo to taka japońska perfekcyjna pani domu. Sprzątaniu, które jest jej pasją, nadaje wymiar duchowy. To brzmi nieco groteskowo, prawda? Zazwyczaj porządkujemy i odświeżamy przestrzeń wokół siebie, bo po prostu musimy. Pamiętacie z domu te znienawidzone sobotnie, poranne porządki? Sprzątanie to dziwne hobby, ale szanuję ludzi z pasją, takich jak Marie Kondo, którzy potrafią zarazić innych swoją gotowością do działania i zachwytem nad codziennymi rzeczami. Po przeczytaniu książki twardo postanowiłam: “- koniec z bałaganem, posprzątam raz na zawsze”. Od jutra, bo zegar dwie godziny temu wybił godzinę duchów.
Jak sprząta się metodą Konmari?
![]() |
Kusząca wizja! Czytany nocą fragment Magii sprzątania M. Kondo |
Zaczynamy od sortowania i pozbywania się zbędnych przedmiotów, co niezwłocznie zrobiłam. Gdy robimy to tradycyjnie, porządkujemy pomieszczeniami, pokój po pokoju. To błąd. W ten sposób nigdy nie wysprzątamy domu raz a dobrze.
Nasza japońska perfekcjonista zaleca, aby wszystkie przedmioty porządkować według kategorii. Jeśli zajmujemy się ubraniami, przynosimy je z całego domu w jedno miejsce. Podobnie z książkami, dokumentami, bibelotami, i tak dalej. To punkt wyjściowy do dalszych działań.
Nasz salon zmienił się w gigantyczne pobojowisko, którego ogarniecie zajęło mi kilka dni.
I tu wypadałoby przejść do najważniejszego – jak pozbyć się przedmiotów z etykietkami: może jeszcze się przyda, jeszcze dobre aż szkoda wyrzucić, do tego mam sentyment.
Otóż, Marie Kondo ma na to sposób – trzeba definitywnie pożegnać się z tym, co nie sprawia nam radości, każdą rzecz wziąć do rąk i zastanowić się, czy ją lubimy. Jeśli nie budzi w sercu ciepłych uczuć – do utylizacji.
O ile ładnie to wszystko brzmiało, to nie do końca ze mną współgra. Myślę, że wynika to z innej kultury niż u Japończyków. U nas ceni się pamiątki rodzinne, często przekazujemy je sobie z pokolenia na pokolenie, traktując te okruchy przeszłości jako coś magicznego. Pod tym względem Marie Kondo jest bardzo radykalna, bo na przykład nie powinniśmy trzymać starych zdjęć rodzinnych, jeśli nie sprawiają nam radości. Absolutnie się z tym nie zgadzam. Mam wszystkie zdjęcia rodzinne, nawet te sprzed kilkudziesięciu lat. Są one dla mnie ważnym elementem mojej przeszłości, korzeni, częścią tożsamości. A nawet gdyby nie miały dla mnie znaczenia, nigdy nie wiadomo, czy w jakiś sposób nie będą istotne dla moich wnuków albo prawnuków. Żałuję za to, że nikt nie pomyślał w przeszłości o ich podpisaniu, przez co nie jestem w stanie rozpoznać na nich części członków rodziny. To są bardzo stare czarno-białe fotografie.
W naszym domu, jak u wszystkich, jest wiele przedmiotów praktycznych, choćby drabina, narzędzia, słoiki. Choć nie sprawiają mi radości, na pewno się ich nie pozbędę. Co prawda rzadko, ale są używane. Podobnie dodatkowe kable USB, ładowarki i inne oraz instrukcje do sprzętów. Marie Kondo uważa, że lepiej kupić nowy kabel USB, jeśli zepsuje się stary niż trzymać zapasowe, które często dołączone są do urządzeń, które kupujemy. Tutaj poszłam na mały kompromis – wszystkie nasze kable umieściłam w jednym pudełku, ale ich nie wyrzuciłam.
Jeśli chodzi o porządek w łazience, M. Kondo ma fobię przed stojącymi na wannie lub pod prysznicem kosmetykami. Narażone na działanie wody i resztek kosmetyków opakowania stają się obślizgłe, co ją obrzydza. Dlatego też proponuje wycieranie ich do sucha po każdej kąpieli i umieszczanie w szafce. To się kompletnie nie sprawdziło. Jesteśmy zbyt leniwi, aby coś takiego robić i wszystkie buteleczki z kosmetykami kąpielowymi miały, mają i będą mieć honorową lożę na wannie.
Kolejna rzecz to ubrania – w przypadku szafy i komody, dokonałam prawdziwej rewolucji. Część półek zamieniłam na drążek z wieszakami, dzięki czemu łatwiej utrzymać porządek. Swoje wieszaki mają nawet te rzeczy, które w zasadzie tego nie wymagają, ale tak jest po prostu łatwiej i wygodniej. Tam, gdzie mam szuflady z rzeczami córki, ubrania układam metodą tokimeki czyli pionowo. Niektórym trudno jest wyobrazić sobie, jak to wygląda. Ubrania faktycznie stoją, nawet gdy jest ich mniej. Oczywiście nadal nie są idealnie ułożone, ale dużo łatwiej utrzymać ład niż przy układaniu ich jedno na drugim, kiedy tak naprawdę po wyjęciu bluzki spod spodu trzeba na nowo układać daną stertę.
![]() |
Pionowe ułożenie ubrań |
Dzięki Marie Kondo zaczęłam prasować. Może nie robię tego regularnie, ale wkładanie do szaf jedynie tych uprasowanych ubrań weszło mi w nawyk. Dzięki temu niektóre rzeczy zostały zreanimowane, bo w tym całym pośpiechu i braku czasu wybierałam to, co dobrze wygląda bez prasowania. Odzież z tendencjami do zagnieceń leżała zapomniana.
![]() |
Marie Kondo “Magia sprzątania”‘ |
Autorka książki opisywała, jak jej klienci po takich totalnych porządkach nie mogą uwierzyć w liczbę wygenerowanych czarnych worków. Faktycznie, u mnie zapełniło się kilka. Choć zapewniała, że dzięki jej metodzie posprzątam raz a dobrze, to porządku starczyło na rok. Teraz muszę to powtórzyć, bo nazbierało się trochę tzw. komono – to te upierdliwe drobne rzeczy, które nie mają swojego miejsca i bez ustanku znajdujemy je w różnych częściach mieszkania.
Wdrożyłam u siebie tylko część porad Marie Kondo. Uważam, że było mi to potrzebne. Gromadzone przez lata przedmioty przytłaczały mnie swoją obecnością. Było tego za dużo i co gorsza, większość z nich nie miała swojego stałego miejsca. W każdym pomieszczeniu leżały rzeczy z wszystkich kategorii, a przecież dużo łatwiej jest, gdy są posegregowane – buty do butów, baterie do baterii, kable do kabli, kremy do kremów.
Opustoszała przestrzeń podziałała na mnie kojąco. Skupienie przychodziło z łatwością. Nowe pomysły rodzą się, gdy wokół panuje ład. Niestety jesteśmy strasznymi bałaganiarzami, więc kończy się na tym, że po prostu najsampierw sprzątam, aby myśleć, uczyć się, czytać. Choć to takie oczywiste, dopiero po zapoznaniu się z japońską magia sprzątania odkryłam tę zależność.