Punktem wyjściowym tego postu stała się rozsypana kawa rozpuszczalna. Brązowe drobinki na blacie kuchennym, okalające moją szklankę. W tle szumiał czajnik i kosiarka sąsiada, o chodnik stukały czyjeś szpilki. Byłam zmęczona i podminowana. Gorszy dzień w pracy, tak się zdarza. Autobus nie przyjechał, a kolejny nawet nie zatrzymał się na moim przystanku, tylko pognał dalej. Wystawił mnie do wiatru, nie przebierając w słowach.
– Co zrobiłaś, ubrudziłaś blat kawą! – miałam właśnie powiedzieć z irytacją.
Nie zdążyłam, na szczęście, bo w chwili groźnego uniesienia brwi i rozchylania ust, dosłownie ugryzłam się w język. – Dziękuję, córeczko. – Powiedziałam z uśmiechem, maskując igiełkę bólu.
– Nasypałam ci, mamusiu. – Powiedziała z rozbrajającą radością. – Wiem, dlatego będzie to najlepsza kawa pod słońcem. Pyszna! Zalałam wodą, dolałam mleka i upiłam łyk, nie zważając, że jeszcze za ciepła. Zgarnęłam kawowe kryształki do śmieci i przytuliłam tę małą, kudłatą główkę.
A potem głos uwiązł mi gardle.
Stało się tak, ponieważ zdałam sobie sprawę, ile razy bezwiednie podcięłam skrzydła swojemu dziecku, bo myślałam o sobie i o tym, żeby wszystko było zawsze idealne i proste jak bułka z masłem. Na każdym kroku chciałam sprowadzać swoją codzienność do prostej wędrówki od A do B. Bez przerywników, przystanków, refleksji. Byle szybko, byle przejść już do C.
Późnym popołudniem ze smakiem zjadłam drewniany tort, a potem wypiłam powietrzną oranżadę nalaną z plastikowego dzbanka w kropeczki. Delektowałam się babeczką z ciastoliny. Była nawet kawa z filcowym kubku i wielka radość, że wszystko smakuje. Taki zwykły dzień, który mógłby trwać wieczność. – A może jeszcze dosypiemy cukru? – Pytam. Rozpostarła ręce i mówi – już lecę, mamusiu, przyniosę ci pyszny cukier, najlepszy, posmakuj.