Rozmawialiśmy o zajęciach dodatkowych w przedszkolu. O tym, że ten angielski taki fajny i dzieciaki naprawdę sporo z niego wynoszą. O balecie, który niedawno się pojawił i może chciałaby na niego chodzić. Taka rozmowa z kategorii o wszystkim i o niczym, którą ucięłam, zawijając się ciaśniej w kołdrę. Jeszcze 10 minut. Plis. Głos w głowie uporczywie kusił, żeby choć raz znaleźć się na marginesie wyspanych matek. Wtem słyszę ją i jego. Ich dialog w łazience, który wprawia mnie w zaskoczenie. Nie mogę się nie uśmiechnąć. Senna mgiełka znad łóżka czmychnęła gdzieś w stronę dnia wczorajszego, a ja próbuję zatrzymać toczącą się we mnie kulę śmiechu.
Tato, a zapiszesz mnie na bieganie z mamą? – Zapytała na poważnie.
Takie po prostu zwykłe bieganie. Gdy zakładam adidasy, załączam endomondo i lecę. Wieczorny jogging.
Tyle razy żegnałam się z nią, sznurując buty. Tyle razy dawałam całusa na pożegnanie i zapewniałam, że za 40 minut wrócę. Tyle razy widziałam, jak paraduje w moich adidasach tam i z powrotem udając, że jest mną.
Tyle razy machała mi ręką, gdy zamykałam furtkę na klucz.
A ja się nie domyśliłam.
Tylko szukałam zajęć dodatkowych. Takich w przedszkolu, aby umilić jej czas, który i tak tam spędza. Wiem, że teraz dzieci chodzą na miliardy zajęć dodatkowych. To bardzo modne. Moje nie chodzi z wyjątkiem tych w przedszkolu. Nie ulegam presji społecznej. Nie wypycham dziecka na lekcje haftu, lutni, malarstwa abstrakcyjnego i tańca towarzyskiego przez 5 dni w tygodniu od popołudnia do wieczora. Chcę, aby po prostu się bawiła. Wracała z przedszkola i rozwalała te swoje klocki, puszczała bańki i przewalała piach z wiaderka do wiaderka. Rozważałam różne opcje, jak urozmaicić jej życie, ale nie przyszło mi do głowy, że jej marzenie jest takie zwykłe.
Skłamałabym, gdyby napisała, że moje dziecko nigdy nie chce zabawki z reklamy. Pyta bardzo często – mamo, kupisz mi to? Im dłuższy ciąg reklamowy, tym więcej takich pytań. Od czasu do czasu dostanie taką zabawkę. Radość jest przeogromna. Przez pierwsze trzy dni. Później następuje rzecz nieunikniona – przedmiot trafia na cmentarzysko zabawek. Do zielonej krypty z misz maszem złożonym z rzeczy, które czekają na świt żywych trupów.
Moje dziecko cieszy się z zabawek. Cieszy się z ubrań. Z książek. Ale najbardziej z czasu spędzanego wspólnie.
Rowerowa wycieczka na lody. Chodniki zbombardowane przez krople deszczu. Dziś nie pojedziemy. Zimno. Jutro. Ona wygląda przez okno, wyczekując drzemki deszczowych chmur. Patrz tato, robi się słoneczny dzień. Kiedy pojedziemy? Już jedziemy?
Wspólne wyjście do biblioteki. Radość ogromna, że pójdziemy tam razem, pani założy jej kartę. Pójdziemy dopiero pojutrze, bo dziś i jutro biblioteka jest otwarta krócej niż ja kończę pracę. Ona szykuje plecak kilka dni wcześniej. Tu będę niosła książki. Powieszę na krzesło, niech będzie gotowy. – mówi.
O tym, że pojedzie z babcią do zoo, wie już cała rodzinka i przedszkole. A o tym, że razem z tatą pływała na basenie, wszyscy przyjaciele i znajomi królika.
A pamiętasz mamo, jak byłam w Górach Sowich? Kiedy pojedziemy w góry? Będziemy chodzić, wejdę wysoko.
A kiedyś byłam w wesołym miastku. Leciałyśmy samolotem na karuzeli. Pamiętasz mamo?
I na nic wyszukiwanie prezentów, które trafiłyby w jej gust. Dotarło do mnie, że jeśli chcę podarować dziecku coś, co sprawi mu prawdziwą i trwającą długo radość, nie powinnam kupować zabawki. Największą frajdę sprawia po prostu czas. Jest to najcenniejsza rzecz, którą możemy dać drugiej osobie. Czas spędzony razem na robieniu czegokolwiek. Ewentualnie spędzony na wspólnym robieniu niczego. Tylko tyle trzeba, aby zapalić to wielkie słońce w jej oczach.
Wspomnienia to coś, co nosimy w sobie całe życie. Inspirują, uczą, cieszą.
Czasem wywołują smutek, ale dziś nie o tym.
Dziś jest o czasie, który wcale nie przemija. Większej bzdury nie słyszałam. Wszystkie piękne rzeczy, które udało nam się przeżyć, zmieniają formę na tę bardziej przetrwalnikową. Kiełkują w nas i kwitną w bezpiecznym otoczeniu szklarni zwanej sercem.
Nie musisz planować nie wiadomo czego. Codzienność wypełniona jest zwykłymi rzeczami, które czasem zaniedbujemy. Zamiast pielęgnować, wymiatamy je z głowy, jak zalegający kurz. Z wiekiem zapominamy o tym, co najważniejsze. I może by tak było i było do końca, gdyby nie ten mały nauczyciel, który właśnie rysuje Ci serce.
Mamo, czy serce może być czarne? – Pyta.
Czasem może. Nie oszukuję.
Ale wiesz mamo, moje będzie kolorowe z oczami.